Ad Ad., czyli tysiące znaków o koszykówce .pl

50 000 znaków Adama Romańskiego o polskiej koszykówce POST-EB2017 to dobry pretekst, aby przełamać niemoc twórczą i też coś napisać. Szczególnie, że mimo ogólnej zgody z tezami przedstawionymi w tym tekście, parę spraw zapaliło u mnie czerwoną lampkę.

Tak, dla mnie też było sporym zaskoczeniem, że ostatnia ostoja nadziei i entuzjazmu tak krytycznie, tak wprost ocenia występ Polaków na Eurobaskecie. I dochodzi do tak pesymistycznych wniosków, jak ja wcześniej.

Wyobrażacie sobie te słowa z ust Grzegorza Bachańskiego? Albo kogoś ze sztabu trenerskiego? Tak, mi też tego brakuje. Realista może i przyjmie ze spokojem, że jesteśmy gorsi i nie mamy nad czym płakać, ale od „góry” można wymagać więcej.

Wracając do tekstu – oto moje 10 tysięcy znaków, czyli krótko o tym, co przyszło mi na myśl, czytając tekst Adama.

1. Mike Taylor

O tym, że występ Polaków na tegorocznym Eurobaskecie gra polskiej kadry w tym roku (*aktualizacja po pierwszym okienku na eliminacje MŚ) jest wielkim zawodem, kibiców nie trzeba przekonywać. Skoro nie raz słyszeliśmy o dobrej grze Polaków w nie byle jakiej lidze, jaką jest hiszpańska ACB, mamy prawo oczekiwać równie udanych występów w kadrze. Czy nie mamy?

O ile zgadzam się z dalszą częścią tekstu i zarzutami dotyczącymi szkolenia koszykarzy trenujących w Polsce, to nie sądzę, żeby zależność między nimi a krytyką Mike’a Taylora była taka prosta.

Zadaniem trenera kadry jest bowiem wyciśnięcie z potencjału jej członków absolutnego maksimum. Czyli – niezależnie od jakości zawodników, jego zadaniem jest jak najlepsze poukładanie elementów. Jakość tych elementów nie ma znaczenia w ocenie pracy trenera.

To nie problem, że nie zdobyliśmy Mistrzostwa Europy. Problemem kadry Taylora jest to, że w prowadzonej przez niego drużynie Ponitka, Waczyński czy Gielo grają gorzej niż w klubach. Stąd też, moim zdaniem uzasadniona, krytyka amerykańskiego szkoleniowca.

Co do przydatności A.J. Slaughtera – nie mam wielkiej ochoty poruszać jego tematu. Od początku pomysł jego naturalizacji (a właściwie – naturalizacji dowolnego gracza) wywoływał we mnie mocno mieszane uczucia. Nie dlatego, żebym był nacjonalistą czy nie zauważył, że tak robi coraz więcej krajowych związków (z mistrzami Europy na czele). Taka droga na skróty jest pudrem na podstawową bolączkę polskiej koszykówki. Na krótką metę OK – ale obawiam się, że działaczom nie chodzi o nic innego niż o tę metę właśnie. Naturalizowany zawodnik nie jest chwilowym, tylko stałym zastępstwem za brakującego nam rozgrywającego.

Wystarczyło, żeby Slaughtera na mecze eliminacji MŚ nie puścił klub, a już zaczęła się panika. Gdy okazało się, że poza grą jest także wydawało się następny w kolejce Daniel Szymkiewicz, szybko przypomniano sobie o Kamilu Łączyńskim, którego w czerwcu nie brano nawet pod uwagę. Gdzie tu jakikolwiek plan?

Mike Taylor miał być trenerem na lata. Ale po co nam trener na lata, który myśli maksymalnie pół roku do przodu?

Jedno trzeba mu oddać – udało mu się spełnić jedno z marzeń Adama. Zbudował wokół siebie mafię, zgromadził wyznawców. Wszyscy chwalą, cmokają z zachwytu, podkreślają świetną atmosferę na kadrze. Tylko że ona ma być jednym z czynników robiących wynik, a jeśli go nie ma – to jej istnienie nie ma dla kibiców żadnego znaczenia.

2. Szkolenie, temat rzeka

Mityczny system szkolenia to jeden z częściej dyskutowanych tematów przy polskiej koszykówce. Można pomyśleć, że gdy w końcu ktoś genialny go napisze, to wszystkie problemy znikną. To może nie system jednak potrzebny, ale po prostu… szkolenie?

Nawet jeśli nie zgadzamy się z tezą, że w Polsce źle się szkoli, to jest to ciekawa przeciwwaga dla popularnego nawoływania o konieczności masowości. Owszem, jest ona potrzebna – ale czy dużo da nam masowy przypływ młodych ludzi do koszykówki, jeśli będziemy ich źle szkolić?

Wątek samodoskonalenia się trenerów i ich wyjazdów do pracy czy na staż do europejskich klubów jest tyle ciekawy, co wzbudzający moje delikatne (może niesłuszne) wątpliwości co do zastosowania w praktyce. Czyżby zawód trenera był przeznaczony tylko dla samotników, którzy nie mają na utrzymaniu rodziny? OK, nie każdego proza życia odwiedzie od wyjazdu, ale potrafię sobie wyobrazić problemy.

„Polska szkoła rozgrywających” – przypomniał mi się turniej finałowy MP U20 w Sopocie. To był 2013 rok, czyli ostatnie mistrzostwa rocznika 1993. Turniej na niezłym poziomie, w którym rzucała się w oczy stosunkowo spora liczba rozgrywających na poziomie – grali tam m.in. Jan Grzeliński, Grzegorz Grochowski, Paweł Dzierżak, Jakub Schenk, Kamil Zywert czy Piotr Wieloch. Całkiem nieźle wyglądaliśmy pod kątem kandydatów do polskiej szkoły rozgrywających – nawet kryterium <190 cm większość z nich spełniała. Sęk w tym, że ich liczba nie przekuła się w jakość reprezentacyjną – żaden z nich nie jest na razie w ogóle brany pod uwagę w kontekście kadry. Wyprodukowaliśmy na razie całkiem niezłych zawodników I-ligowych, z których większość z nich pewnie będzie starać się na stałe zadomowić w PLK (na razie udało się to Grochowskiemu i Schenkowi – szczególnie ten drugi zaczyna wyglądać coraz lepiej).

Kluczowe jest tutaj zdanie z tekstu Adama: „Ale trzeba z nimi dobrze, mądrze pracować”. A skoro nie umiemy, to co robi zawodnik? Wyjeżdża, kiedy tylko ma na to okazję.

3. Wyjazdy

Wątek wyjazdów zawsze będzie budzić emocje i niestety – generować trochę niepotrzebną dyskusję. Zachowajmy więc umiar, spokojnie oglądajmy obie strony medalu. Nie dowiemy się, co by się stało, gdyby Tomasz Gielo nie wyjechał do USA, Maciej Bender został w Polsce, a Mateusz Ponitka skusił się na jedną z amerykańskich ofert. Nie dowiemy się i już – ktoś wybiera jedną ścieżkę i dyskusje „co by było, gdyby zrobił inaczej” są bezsensowne, gdyż nie do udowodnienia.

Adam wpadł trochę w pułapkę zastawioną przez samego siebie – skoro stawia tezę, że ogólnie źle szkolimy w Polsce, to dlaczego krytykuje wyjazdy do USA? W wątku wyjazdowym poruszonym przez niego zabrakło mi podkreślenia jednej kwestii – wyjazdy same w sobie nie są złe. To jak z tanim winem, które jest dobre, bo jest dobre i tanie – złe wyjazdy to te, które są złe, czyli: nieprzemyślane, donikąd, byleby tylko wyjechać.

Przykład Bendera jest oczywiście słuszny (i jednocześnie smutny, choć nie jestem także przekonany, czy grałby w czołowym klubie PLK – ze względu na warunki fizyczne), ale są też przypadki bardziej optymistyczne. Ale czy Filip Siewruk i Olek Balcerowski zrobili dobrze, przenosząc się do Hiszpanii – o tym przekonamy się za kilka lat.

Jeszcze taka drobnostka, z którą nie mogę się zgodzić – wyjazd młodych zawodników za granicę nie jest tylko w interesie tamtejszych klubów. Jeśli w/w dwójka rozwinie się w Hiszpanii na miarę swojego potencjału (który ponoć jest spory), to polska koszykówka będzie sporym beneficjentem ich decyzji.

Natomiast wyjazdy za ocean, często do małych, prowincjonalnych szkół z wątpliwym poziomem szkolenia (a przecież to z jego powodu ucieka się z Polski, prawda?) to już inna para kaloszy i tu również zapala mi się czerwona lampka, gdy słyszę o kolejnym wyjeździe młodego Polaka do amerykańskiej szkoły. Ale to już decyzja samego zawodnika i jego rodziców, a jak leciała kwestia z kultowego niegdyś dla mojego pokolenia filmu, „każdy ma niezbywalne prawo do zmarnowania sobie życia”*. Kariery też. Tak, to z „Amelii”.

Mają tam nie wyjeżdżać? Polsko koszykówko, zaproponuj im coś lepszego. Coś, czego nie przesłoni im American Dream. Bo argument, że jesteś słaba, jest wystarczający, żeby kupić bilet za ocean.

* Uprzedzając burzę – tak wiem, nie każdy wyjazd będzie zmarnowaniem życia. Ale lista chłopaków, która wróciła z niemałym zawodem jest jednak dłuższa niż Gielo+Karnowski.

4. Młodość w Polsce

Temat, którym żyłem przez dobrych kilka lat. Młoda PLK, obowiązkowe rezerwy dla ekstraklasowych klubów – wszystko już było wałkowane po kilka razy w każdą ze stron. Jest na pewno lepiej niż np. 10 lat temu. Pamiętam, że gdy 16-letni Adam Waczyński (ze starszymi: Łapetą czy Sikorą, że wspomnę tych bardziej znanych) grywał w utworzonej właśnie drużynie rezerw Prokomu Trefla, wielką sprawą było to, że taka drużyna w ogóle powstała. Jak na polskie warunki to była Barcelona. Teraz na klub w II lidze nikt nie patrzy ze zdziwieniem – większe wywołują kluby, które takowych nie mają w ogóle.

Same drużyny rezerw to jednak mało – zbyt często działają one bez pomysłu. Współpraca na linii Anwil – TKM we Włocławku z niewiadomych mi przyczyn nigdy nie zakończyła się stworzeniem silnego ośrodka szkoleniowego i zakończyła się wycofaniem klubu z II ligi. Ostało się ich tam 8 – Asseco, Rosa, Stal, Legia, MKS, Start, Stelmet (jako Muszkieterowie) i Trefl. Ze średnim skutkiem, bo np. Legia z bilansem 0-10 potwierdza tezę, że samo zgłoszenie rezerw bez wcześniejszego przemyślenia sprawy może skończyć się nieciekawie. Tu pochwalę Polpharmę Starogard Gdański, która zamiast tworzyć na siłę drużynę rezerw, stawia od jakiegoś czasu na współpracę z lokalnymi drużynami – obecnie Politechniką Gdańsk, o sile której stanowi duet Pruefer-Gołębiowski).

Ciekaw jestem wyników ankiety „Dlaczego mamy drużynę rezerw w II lidze?” wysłanej do prezesów klubów PLK. Zakładając, że wszyscy z nich wiedzieliby o tym, że w ogóle taką drużynę mają, to chętnie dowiedziałbym się, jaki widzą w tym cel. Na przykład w Dąbrowie Górniczej, która tuż przed startem sezonu była bliska wycofania drużyny z rozgrywek (teraz z bilansem 5-6 zajmuje miejsce w środku tabeli).

Krótki rzut oka na składy drużyn PLK w obecnym sezonie – ilu zawodników grało wcześniej w rezerwach? W Treflu Sopot bracia Michał i Łukasz Kolenda, w Asseco przez dobrych kilka lat Przemek Żołnierewicz (Marcel Ponitka grał w Muszkieterach Nowa Sól – rezerwach Stelmetu). W Radomiu do pierwszego składu Rosy na stałe przebił się tylko Filip Zegzuła. Do tego zestawu możemy dodać jeszcze Patryka Wieczorka z MKS Dąbrowa Górnicza. Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem. Za 5 lat zobaczymy, czy ilość przeszła w jakość.

Młoda Liga – nie widzę tego rozwiązania ani logistycznie, ani kadrowo. Konieczność posiadania drużyny – powiedzmy U23 – przez każdą z drużyn PLK wydrenowałaby młodych zawodników z pierwszej, a może i drugiej ligi, jednocześnie uniemożliwiając im rywalizację ze starszymi zawodnikami na tych poziomach rozgrywkowych. Zostawmy więc taki system rozgrywek – przy dokładnym obserwowaniu niższych lig przez przedstawicieli PLK, świeżej krwi nie zabraknie.

W obecnym sezonie I ligi mam grupę zawodników „To Watch”, których staram się śledzić co weekend (1, 2, 3, 4, 5, 6). Ale czy wskoczą do PLK? Czas pokaże.

To tyle z mojej strony – czekam na kolejne teksty, zawsze dobrze się dyskutuje w miłym towarzystwie 😉

PS. Czekam także z niecierpliwością na artykuł o słabych mediach – to może być nie mniej ciekawe.

Jedna myśl na temat “Ad Ad., czyli tysiące znaków o koszykówce .pl”

  1. Hello ,

    I saw your tweets and thought I will check your website. Have to say it looks very good!
    I’m also interested in this topic and have recently started my journey as young entrepreneur.

    I’m also looking for the ways on how to promote my website. I have tried AdSense and Facebok Ads, however it is getting very expensive.
    Can you recommend something what works best for you?

    Would appreciate, if you can have a quick look at my website and give me an advice what I should improve: http://janzac.com/
    (Recently I have added a new page about FutureNet and the way how users can make money on this social networking portal.)

    I wanted to subscribe to your newsletter, but I couldn’t find it. Do you have it?

    Hope to hear from you soon.

    P.S.
    Maybe I will add link to your website on my website and you will add link to my website on your website? It will improve SEO of our websites, right? What do you think?

    Regards
    Jan Zac

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *